

Panna Belkys pisze jednym palcem na maszynie, nie pojmuje niczego, co ma związek z komputerem, nie mówi w żadnym obcym języku, a nade wszystko nienawidzi biznesowych spotkań.
Pomimo tych „niewielkich” niedociągnięć, w dniu swojej rozmowy kwalifikacyjnej z prezesem, panem Raulem Lopezem Monti, wystartowała wśród 25 najlepiej wykształconych kandydatek w mieście i dostała, bez zbytniego wysiłku, pożądane stanowisko osobistej asystentki.
Jak zwykle, znaleźli się zazdrośnicy, którzy twierdzili, że to wszystko dzięki głębokiemu dekoltowi i skąpej, obcisłej spódniczce. Panna Belkys przekonywała samą siebie, że zawdzięcza stanowisko intensywnemu kursowi marketingu, który odbyła korespondencyjnie w Instytucie Pośrednictwa w Nauce w Tijuanie.
Następnego dnia, w niezwykłym pośpiechu, prezes wyjechał z panną Belkys do Paradise Beach w kilkudniową delegację, która przeciągnęła się do miesiąca.